Minister energii osobiście zatankuje każdy samochód w Polsce, by nikt nie zapłacił ani groszy powyżej 6,79 zł
Ministerstwo Energii rozstawiło przy każdej stacji benzynowej w kraju własne beczki z paliwem i urzędników z dystrybutorami. Cena maksymalna z obwieszczenia przestaje być limitem, a staje się jedyną ceną — resztę różnicy ministerstwo odda kierowcom w gotówce, na miejscu, z teczki.
Minister energii postanowił, że od wtorku 20 października nie będzie już czekał, aż stacje same zejdą do ceny maksymalnej. Przy każdym dystrybutorze w Polsce stanął urzędnik ministerstwa z przenośną beczką benzyny Pb95, benzyny Pb98 i oleju napędowego, gotowy zatankować każdy samochód osobiście, po cenie 6,79 zł, 7,56 zł i 7,97 zł za litr.
— Cena maksymalna to nie sugestia, to cena — powiedział na konferencji wiceminister ds. dystrybucji ręcznej. — Jeśli stacja chce więcej, różnicę dopłacamy z teczki, na miejscu, bez zbędnych rozmów. Kierowca dostaje paliwo i resztę, a stacja dostaje naszego urzędnika na karku do końca zmiany.
Ministerstwo zatrudniło w trybie natychmiastowym kilkanaście tysięcy nowych pracowników, którzy przeszli trzydniowe szkolenie z tankowania, liczenia reszty i uśmiechania się do kierowców tirów. Na parkingach przed stacjami rozstawiono namioty z napisem «Paliwo po ministerialnemu», a w środku — stoły, krzesła i skrzynki z banknotami, które wozi się konwojem pod eskortą.
Kolejki przed stacjami wydłużyły się do kilku kilometrów, bo każdy chce zobaczyć, jak urzędnik w kamizelce odkręca korek wlewu i wlewa paliwo z beczki, a potem wręcza kierowcy plik banknotów. Na jednej stacji w Radomiu urzędnik pobił rekord, tankując czterdzieści samochodów w ciągu godziny, i dostał od ministerstwa dyplom oraz dodatkowy dystrybutor.
— Ludzie pytają, czy to się opłaca — dodał wiceminister. — Opłaca się, bo nikt już nie mówi, że ceny paliw są za wysokie. Mówią, że są dokładnie takie, jakie mają być, i że chcą jeszcze jednego urzędnika na zmianę nocną.
1