Wawel prześwietlony kosmicznym promieniowaniem. Zamek na trzy dni zniknął z mapy, bo naukowcy kazali turystom stać nieruchomo
Krakowscy naukowcy użyli technologii z detektora cząstek, by prześwietlić cały Wawel. Badanie wymagało, by przez 72 godziny nikt się nie ruszał — włącznie z ochroną i gołębiami.
Zespół fizyków z Krakowa uruchomił w poniedziałek detektor cząstek kosmicznych, który przez 72 godziny prześwietlał całe wzgórze wawelskie. Aby pomiar się udał, każdy obiekt na terenie zamku musiał pozostać w bezruchu — łącznie z turystami, ochroną i gołębiami, które specjalnie w tym celu zamknięto w klatkach.
— To rutynowa procedura — wyjaśnił kierownik projektu, dr hab. Janusz Wapień. — Mion musi przelecieć przez zabytek, a nie przez człowieka, który akurat poprawia szalik. Dlatego na czas badania wprowadziliśmy stan „bezwzględnego spoczynku”. Kto się poruszył, ten powtarzał pomiar od nowa.
W praktyce oznaczało to, że przez trzy doby nikt nie mógł wejść na wzgórze ani z niego zejść. Turyści, którzy utknęli na dziedzińcu, dostali koce i instrukcję, by oddychać możliwie płytko. Ochrona zamku przeszła na tryb „posągowy” — zamiast chodzić, stała w miejscu i tylko wodziła oczami. Katedra musiała odwołać poranne msze, bo dzwony wprowadzały drgania.
Mieszkańcy Krakowa donoszą, że w środę o świcie nad Wisłą unosiła się mgła w kształcie sylwetki smoka, ale naukowcy stanowczo zaprzeczają, jakoby miało to związek z badaniem. — Smok to element folkloru, a nie fizyki — uciął dr Wapień. — My rejestrujemy wyłącznie miony. Jeśli ktoś widział smoka, to znaczy, że stał zbyt blisko detektora.
Badanie zakończy się w czwartek, gdy ostatni mion przeleci przez dziedziniec. Do tego czasu na Wawelu obowiązuje zakaz kichania, mrugania i poprawiania okularów. Jak zapewnia zespół, wyniki będą przełomowe — o ile nikt nie kichnie.
2